Welkanoc pyrwe

„Katolickie Nowiny…” z 19 kwietnia 1895. Z Welkich Petrowic. Wielkanocne zwyczaje w Wielkich Pietrowicach.

Ledwo w białą sobotę „rozwiążą dzwony”, chłopcy szukają młotka i dopóki biją dzwony, dopóty uderzają we wszystkie progi drzwi, aby „sskoury” (robactwo) z domu uciekły. (Kiedyś dzwony były uruchamiane za pomocą powrozów, które zwisały aż do przedsionka pod wieżą, gdy tych dzwonów nie używano to te powrozy były zawiązywane, stąd określenie „zawozane dzwony”).

Święcenie pokarmu miało miejsce po sumie (welke mszy, welkomszy) i było bardzo uroczyste. W procesji szło się na cmentarz: krzyż, chorągwie, umbela, ministranci, wszystkie kościelniki z kadzidłem i święconą wodą, ksiądz w nieszporniku.

Tam był cały jarmark rozłożony na trawie: chrzan, miód, wajca (kroszenky), kołacze, buchty, masło, „pleco”, wszystko w porządku poukładane, tak jak to starzy chrześcijanie w obyczaju mieli. Pamięci godne jest spożywanie tych poświęconych pokarmów. (Za proboszcza Burona cmentarz był jeszcze przy kościele, obecnie cmentarz fatimski).

Przed świątecznym obiadem wziął ojciec rodziny korzeń chrzanu i ukroił dla każdego stołownika trzy placki, które następnie miodem pomazał i rzekł:

„Chrzan sam w sobie jest cierpki i prawie niemożliwy do spożywania, z miodem dopiero smakuje każdemu. Chrzan jest symbolem krzyża i cierpienia (trapeni), miód zaś to miłość i pomoc boża. Przydaj do krzyża miód miłości bożej, a będzie łatwiej znieść twoje cierpienia”.

Potem łupało się wajca, a skorupy jajek zanosiło się do ogrodu, gdzie najmniej rosło, aby ta ziemia tam urodzajna była.

Cóż to za święta bez kołacza. On to jest symbolem radości niebiańskiej. Kołacz ale musi być okrągły, bo każde życie musi być dokonane, gdyż każdy chce osiągnąć zbawienie wieczne.

Potem jedzono kołacze, a zaraz potem podawano polewkę (zupę) i tak zaczynał się obiad. „Pleco” się jadło w poniedziałek wielkanocny po „końskiej procesji” i szukało się pokarmów, które można spożyć bez użycia noża. A to na pamiątkę ucznia, który szedł do miasteczka Emaus i tam poznał swego mistrza „po łamaniu chleba”.

Była to duma każdego pobożnego gospodarza w Pietrowicach, by przed wielkanocnym obiadem powiedzieć kilka pobożnych słów. Wcześniej w kościele było piękne kazanie wielebnego pana farasza, a na kazanie „tatulka” przed obiadem w domu radośnie czekały dzieci, a choćby z wielkiej ciekawości (jakie kazanie gospodarze mają dziś w Pietrowicach tego nie wiem).

Wielebny pan farasz Buron z wielką duszpasterską miłością mocno pielęgnował te chrześcijańskie zwyczaje. Daj mu panie radość wieczną.

[Ks. Karol Buron urodzony w Hulczynie najpierw był u nas wikarym a potem w latach 1843–1878 był proboszczem].

Bruno Stojer.